O sieciówkach i rozmiarach

Noszę obecnie rozmiar 40-42. Wcześniej nosiłam 38, więc zmiana nie powinna być znowu tak duża, prawda? Otóż nie… Jest ogromna. Nie chodzi mi o to, że nie mieszczę się już w swoje ubrania, bo to jasne jak słoneczko i przykre jak cholera… Chodzi mi o kupowanie ubrań nowych.

Ostatnio byłam na zakupach. Trochę przypiliła mnie też potrzeba, bo robi się cieplej, tyłek jak była wielki, tak się nie zmniejszył, a przecież coś na siebie wkładać muszę. W jednej z popularnych sieciówek wpadła mi w oko jeansowa sukienka. No to siup dwie sztuki do przymierzalni, 40 i 42, bo nigdy nie wiadomo, jaki rozmiar będzie pasować. Czterdziestka – super, tylko ciut za bardzo opina się na biodrach. Czterdzieści dwa wygląda jak worek i gruchmoni się na plechach. Z żalem odwiesiłam i idę dalej. Kolejny sklep, ładne koszule. Pierwsza: nie ma 40, w 42 pływam. Druga: 40 ciut za mała, w 42 czuję się jak w 46, bo jest milion razy za duża.

Po co o tym piszę? Chyba żeby wylać frustrację na tę powszechnie znaną prawdę: sieciówki nie szyją na ludzi. Nie jestem otyła, trudno nawet powiedzieć, że mam nadwagę, ale odkąd przeskoczyłam na większy rozmiar, ubrać się w sieciówce nie potrafię. Ich szycie od sztancy i brak dbałości o detale sprawiają, że w sieciówce jestem skazana na rzeczy oversize czy inne worki na Nosowską*.

Marylin Monroe nie ubrałaby się w sieciówce. W sieciówce nie ma czego szukać kobieta, która nie dość, że ma czym oddychać i na czym usiąść, to jeszcze do tego wszystkiego ma talię! Czterdziestki za małe w biuście, czterdziestki dwójki gubią talię całkowicie i sprawiają, że wygląda się na grubszą niż się jest. Można zwariować.

* „Worek na Nosowską” – przy całym uwielbieniu dla Nosowskiej, tak w rodzinie nazywamy wszystkie ciuchy o nieokreślonym, workowatym (bez)kształcie. Żeby zrozumieć, obejrzyjcie kilka jej zdjęć.


II redakcja: 03.02.2016

I redakcja: http://malowanalalachudnie.blogspot.com/2014/04/o-rozmiarach.html

Advertisements