Jak się nie promować

Poniższy kuponik dostałam na urodziny od koleżanki, ona natomiast wygrała go w rodzaju loterii. Znając moje upodobania do wszelkich kosmetycznych zjawisk, postanowiła mnie nim uszczęśliwić. Jako że to bilet dla dwóch osób, poszłyśmy w zeszły czwartek pod wskazany na wizytówce adres, nie wiedząc za bardzo, czego tak naprawdę się spodziewać.

bilet

Okazało się, że przy ulicy Włodkowica 10a znajduje się siedziba znanej marki kosmetycznej sprzedającej swoje produkty w systemie sprzedaży bezpośredniej. Nic na bilecie nie sugeruje nawet, że chodzi o tę firmę. Pierwszy minus.

Nie wiedziałyśmy, gdzie mamy iść, więc spytałyśmy pana siedzącego w informacji o panią, której nazwisko widniało na bilecie, a które zamazałam. Pan nic nie wiedział, więc usiadłyśmy w głównej sali, w której szalały konsultantki, odbierając zamówienia i prezentując kosmetyki. Zdenerwowane przedłużającym się czekaniem, już się zebrałyśmy do wyjścia, kiedy pani jednak się znalazła, dziwiąc się, czemu nas nie ma tam, gdzie powinnyśmy być. „Próbowałam się do pań dodzwonić…”. Nasze telefony milczały na ten temat. Drugi minus.

Pani, jak się okazało, kolejna konsultantka zaprowadziła nas do sali, w której siedziały już dwie inne uczestniczki „warsztatów”. Na wątpliwości koleżanki, dotyczące alergii skórnych, odpowiedziała tylko, nieco zagubiona: „To pani nie zrobi sobie peelingu, a jak zacznie szczypać, to proszę powiedzieć”. Hmm… Trzeci, ogromny minus.

Konsultantka nałożyła nam na dłonie odżywczą maseczkę jedynej słusznej firmy. Warto zaznaczyć, że nałożyła ją używając jednego pędzla, wraz z maseczką nakładając nam na ręce bakterie i kawałki naskórka poprzedniczek. Czwarty minus.

Zamaseczkowane dłonie wylądowały w foliowych rękawiczkach i można było przystąpić do właściwej części „warsztatów”, czyli prezentacji kosmetyków. Prowadząca wygłaszała frazesy o cudownych właściwościach produktów, o wspaniałej linii kosmetyków ekologicznych i naturalnych (naturalnych?! Na drugim miejscu w składzie żelu do twarzy: SLS…), a także prezentowała firmowe zapachy. Po trzecim odmówiłyśmy wąchania kolejnych, bo nosy zrejterowały, a w sali zrobiło się duszno. Zniesmaczenie narasta.

Kiedy koleżanka poskarżyła się, że dłonie zaczynają ją swędzieć, konsultantka zarządziła zdjęcie rękawiczek, rozdała nam ręczniki papierowe do wytarcia resztek maseczki i zaprezentowała wybór kremów do rąk. Wybrałam krem z miętą i maliną, głównie ze względu na zapach. Taka mieszanka ma bardzo kuszący potencjał, ale niestety, zapach kremu okazał się chemiczno-nijaki, dość dusząco miętowy.

Podczas gdy wcierałyśmy wybrane kremy, pani konsultantka prezentowała nam zalety i korzyści finansowe wynikające z bycia panią konsultantką, a na koniec, niezawodnie, wcisnęła nam katalogi.

Wszystko to było dość męczącą, nachalną i ukrytą (powtarzam: na bilecie nigdzie nie padła nazwa) promocją firmy. Co mogę przyznać prowadzącej, to to, że kiedy nie klepała firmowych regułek, była bardzo sympatyczną i otwartą na argumenty osobą. A dłonie były faktycznie miłe, miękkie i gładkie, ale tylko do pierwszego mycia, kiedy to znów zareagowały na jesień przesuszeniem…

Moim zdaniem tego typu akcja promocyjna może być bardzo wartościowa i skuteczna, ale tylko wtedy, gdy od początku wiadomo, że stoi za nią dana firma i gdy jest ona prowadzona przez kompetentną osobę, która posiada wiedzę o oferowanych produktach i ewentualnych skutkach ich użycia przez np. alergików. Droga Firmo, drogie Konsultantki, nikt nie lubi, jak mu się wciska kit!


II redakcja: 03.02.2016

I redakcja: http://malowanalala88.blogspot.com/2012/10/kosmetycznego-zniesmaczenia-ciag-dalszy.html

Advertisements